Blog

Zarządź swoim nastrojem cz. 1

 

emotion„Nie bądź zły, rozchmurz się, nie bądź smutna…” – zapewne każdy z nas przynajmniej raz w życiu słyszał takie komunikaty w momencie, kiedy targały nim trudne emocje. Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić.  Pomijając fakt, że komunikaty zaczynające się od „nie” z zasady nie działają, takie sugestie zazwyczaj pogłębiają dany stan albo prowadzą do udowadniania w stylu: „A ty byś nie był, gdyby?…” itp.   A gdyby Wam ktoś powiedział, że nastrój, w którym w danej chwili jesteście, zależy w dużej mierze od Was samych i tylko Wy macie realny wpływ na jego zmianę? Niemożliwe? No to przeczytajcie, jakie narzędzie coaching proponuje do pracy nad stanem emocjonalnym.

Ostatnio miałam przyjemność uczestniczyć w warsztacie na temat narzędzia coachignowego zwanego linią stanu, służącego do pracy nad nastrojem czy też stanem emocjonalnym. Do udziału w warsztacie zmotywowała mnie sytuacja na jednej z ostatnich sesji, które prowadziłam i fakt, że klientka zamiast nad planem działania chciała pracować własnie nad stanem, który dodatkowo był trudno definiowalny. Nie było to łatwe zadanie, więc uznałam, że muszę zasięgnąć wsparcia mojej mentorki. Na superwizji usłyszałam od niej: „Wszystkie stany emocjonalne są klientowi dostępne. Trzeba mu tylko pokazać, jak może je uzyskać.”  Nasunęło mi to skojarzenie z mieszkańcami planety Tralfamadoria z Rzeźni nr 5 Vonneguta, którzy mogli swobodnie podróżować między stanami emocjonalnymi i wybierać tylko te dla siebie korzystne. „Cóż, bardzo fajnie – pomyślałam – sama chętnie się dowiem, jak my, Ziemianie możemy to osiągnąć :)” – i czym prędzej zapisałam się na warsztat, który o tym traktował.

Warsztat odbył się w gronie moich koleżanek z kursu coachingowego, które tak jak i ja napotykały w początkach swojej praktyki podobne problemy. Żadna z nas jednak nie kwapiła się, żeby wziąć udział wspólnie z trenerką w demonstracji narzędzia. Po pełnej wyczekiwania ciszy i subtelnym motywowaniu ze strony trenerki w końcu znalazła się jedna odważna, która zechciała podzielić się z nami swoim obecnym stanem i poddać instrukcjom pracy nad nim.Ponieważ na warsztatach coachingowych porusza się często dość osobiste sprawy, obowiązuje zasada czterech ścian, dlatego nie będę ujawniać przebiegu i treści tego ćwiczenia.

Chciałabym jednak podzielić się swoim doświadczeniem z pracy nad stanem, ponieważ po demonstracji wykonywałyśmy to samo w parach. Mnie przyszło ćwiczyć z dziewczyną, która ma niebywały talent przemawiania do ssaczego mózgu :) Jej głos jest z rodzaju kojących i nocno-radiowych. Działa odprężająco i pozwala się poczuć bezpiecznie w kontakcie, co jest bardzo istotne w coachingu. Tak więc po małym wprowadzeniu do sesji zapytała mnie, nad czym chcę dzisiaj pracować. A że akurat od kilku dni tkwiłam w stanie roztargnienia, zdecydowałam się wziąć to na tapetę. Tutaj padło nieśmiertelne pytanie, co chcę w zamian za moje roztargnienie. Oznaczało to, że muszę sobie zdefiniować stan pożądany lub przeciwstawny do tego, którego mieć nie chcę. Dla mnie w tamtej chwili to było zaangażowanie, którego nie potrafiłam z siebie wykrzesać. Kolejnym krokiem było stworzenie linii między tymi stanami w przestrzeni, czyli na podłodze, a potem podróżowanie po linii pomiędzy – od roztargnienia do zaangażowania i z powrotem. To powodowało, że stany zmieniały swoje nasilenie i pozwalało poczuć w ciele faktyczną zmianę, choćby w napięciu mięśniowym. Było przyglądanie się różnym uczuciom, obrazom i myślom, które pojawiają się na różnych odcinkach linii. Zapamiętałam sobie metaforę, której użyłam do opisania różnicy między moimi stanami: w roztargnieniu czułam się jak pieszy na drodze, który poza tym, że jest powolny w przemieszczaniu się, to dodatkowo jest najbardziej narażonym uczestnikiem ruchu. Gdzieś pomiędzy stanami byłam jak rowerzystka, która nabiera prędkości i zwinności.  Zaś w stanie zaangażowania już nie byłam żadną z nich :) Stałam się kierowcą wielkiego ubłoconego jeepa – to z kolei zrodziło poczucie mocy, szybkości, ale też odpowiedzialności za innych uczestników drogi. Oprócz tego dwa razy podczas całego ćwiczenia byłam proszona o zejście z linii na pozycję coacha i przyjrzenie się temu, co już zobaczyłam. Patrząc na te moje dwa stany mogłam sobie podsumować i wyciągnąć wnioski do ewentualnych działań. Z perspektywy cocha natomiast – po tym jak zamieniłyśmy się rolami – linia stanu dobitnie mi pokazała, że coach naprawdę nie musi rozumieć, o czym mówi klient. Moja klientka swoim językiem metafor mówiła o towarzyszących jej emocjach, stosowała porównania tylko dla niej czytelne. A ja stałam obok i tylko podrzucałam jej kolejne pytania, nie czując przy tym żadnej paniki pt. „O jejku, to o co teraz zapytać?…” :) I to chyba było dla mnie najbardziej wartościowe w tym ćwiczeniu.

 Na klasycznej sesji kontynuacją linii stanu byłoby zejście z linii i omówienie spostrzeżeń i przemyśleń z coachem. Na tej podstawie można zaprosić klienta do stworzenia planu działania, który oprze się na tym doświadczeniu. Dla przykładu: można się zastanowić, jak realnie można ten pożądany stan w sobie świadomie wywoływać, jak go podtrzymywać, co nas wesprze w jego osiąganiu. Ten element na zakończenie jest zdecydowanie konieczny, bo praca na tak głębokim poziomie, jak stan wywołuje różne – czasem niełatwe – emocje. Dlatego nie należy zostawiać z tym klienta, tylko pomóc mu skatalizować te doznania właśnie w urealnieniu na poziomie działania.

Samo ćwiczenie natomiast wyraźnie pokazało mi co oznacza to enigmatyczne stwierdzenie, że wszystkie stany są nam dostępne i można je przeżywać dokładnie teraz. Jak to działa? Ano tak, że przesiadłam się z roweru do jeepa, ponieważ pomyślałam o zaangażowaniu  w którym chciałabym być. Mój mózg natomiast wytworzył wizję zaangażowania na różnych poziomach. Wizja zaś uruchomiła emocje, które sobie zdefiniowałam na poziomie myśli. Jeśli chcecie odczuć ten mechanizm na własnej skórze czy też korze mózgowej, proponuję krótkie ćwiczenie.

Część pierwsza:

  1. Usiądźcie wygodnie, zamknijcie oczy i przywołajcie we wspomnieniach zdarzenie, które było dla Was trudne – może to być sytuacja konfliktowa w pracy, kłótnia w domu, wyzwanie, które Was przerastało.
  2. Teraz spróbujcie odtworzyć w głowie obrazy i słowa, które tworzą to wspomnienie. Przywołajcie fakty w sekwencji ich dziania się i przyjrzyjcie im, jakbyście oglądali film.
  3. Potem skupcie się na myślach, które wówczas Wam towarzyszyły. Co konkretnie myśleliście w tamtej chwili? Jakie pomysły, wnioski, spostrzeżenia Wam towarzyszyły?
  4. Na koniec wczujcie się w emocje, które przeżywaliście, uczestnicząc w tym wydarzeniu. Jakie to były emocje? Nazwijcie je. Jak silne w skali od 1 do 10? Jakie fizyczne odczucia towarzyszyły tym emocjom?
  5. Pobądźcie sobie chwilę w tych emocjach, sprawdźcie, jak przeżywacie je dzisiaj i z jakim natężeniem w porównaniu z przeszłością.

Już? :) To teraz zapraszam do drugiej części ćwiczenia:

  1. Tym razem przywołajcie w myślach marzenie, które Wam towarzyszy i które bardzo pragniecie zrealizować.  Być może to marzenie jest już w sferze planu i wkrótce faktycznie je dogonicie?
  2. Wyobraźcie sobie, jak realizacja tego marzenia będzie przebiegać. Co się będzie działo? Co widzicie i słyszycie, wizualizując sobie Wasze marzenie?
  3. Co czujecie, myśląc o nim? Jak to przeżywacie, jakie emocje macie w sercu, w brzuchu, w kończynach? Jak byście je nazwali?

    Przyjrzyjcie się emocjom, które się w Was odezwały i cieszcie się nimi przez chwilę.

Co z tego wynika? Zauważcie, że ćwiczenie w 1. części odnosiło się do przeszłości i zdarzeń już minionych. 2. część odwoływała się do mglistej przyszłości i tego co potencjalnie może się zdarzyć. Przyjrzyjcie się teraz, co w Waszej głowie było najwyraźniejsze: fakty, obrazy, myśli czy emocje? A jak było w drugim przypadku? Czy wizja marzenia była bardzo wyraźna? Na ile precyzyjnie w porównaniu z wizją byliście w stanie rozpoznać i opisać swoje emocje? Bardzo jestem ciekawa Waszych doświadczeń z tym ćwiczeniem. Mnie ono pokazało jedno: emocje są zawsze teraz, niezależnie od tego czy wspominam przykre zdarzenie ze żłobka czy fascynujące przeżycie sprzed kilku dni, albo planuję wakacje, na które pojadę dopiero za pół roku. Co więcej, mogę wpływać na ich kształt, nasilenie i oddziaływanie na mój nastrój przy pomocy świadomej, ukierunkowanej myśli. Jeśli chcecie poznać sprytną metodę, która Wam to umożliwi, zapraszam do lektury kolejnego artykułu. Tymczasem ja sobie posiedzę i popławię się w uczuciu twórczej satysfakcji po napisaniu niniejszego. :)

 

Obrazek pochodzi ze strony www.

 


This Post Has 0 Comments

Leave A Reply




Chcesz otrzymywać miesięczny newsletter pełen inspiracji?Tak, chcę!