Blog

Przychodzi rodzina do coacha…

http://randommization.com/2011/03/01/unofficial-star-wars-family-portraits/Odmiany coachingu w ostatnich latach mnożą się jak grzyby po deszczu. W ramach coachingu biznesowego mamy do czynienia z coachingiem stanowiskowym i menadżerskim. Pomiędzy pracą i życiem osobistym pojawia się  coaching godzenia życia zawodowego z rodzinnym. W obszarze życia osobistego jest ogólnie pojęty coaching personalny, a w nim dla przykładu specjalizacje dla osób starających się o dziecko (coaching płodności!) oraz dla kobiet w ciąży. Idąc tym tropem musi by również coaching dla par i rodziców. Mało tego – jest i coaching dla całych rodzin!… Uff, tyle specjalizacji, rodzajów, grup docelowych!… Którą ostatecznie wybrać? Jak to wszystko działa? Czy będąc coachem, można swobodnie przełączać się między wymienionymi obszarami? Czy należy zdecydować się na jedną ścieżkę rozwoju?

 Jeśli ktoś z Was ma podobne do mojego dylematy, może niniejszy artykuł przybliży Was do odpowiedzi.

Parę tygodni temu wybrałam się na Coachowisko organizowane przez krakowski oddział ICF. Tym razem był to warsztat na temat coachingu rodzinnego. Co prawda na zaproszeniu zatytułowany był jako Coaching relacji – jakie narzędzia mogą być użyte w coachingu związków? Na miejscu okazało się jednak, że to family coaching. Niezależnie od tego czy tytuł był nie do końca przemyślany w stosunku do treści, czy też był to sprytny chwyt marketingowy, oczekiwania trenerek – Małgorzaty Charaszkiewicz i Grażyny Machały – z pewnością zostały zaspokojone, bo frekwencja była naprawdę spora.

Przed przystąpieniem do ćwiczeń warsztatowych zwyczajowo musiał się odbyć rytuał przedstawiania utrzymany w konwencji warsztatu. Dla mnie niespodziewanie okazał się on ćwiczeniem coachingowym. Żeby przyspieszyć to zadanie, trenerki zaproponowały pracę w parach i podzielenie się z osobą siedzącą obok przemyśleniem, czym dla mnie jest rodzina. Co dzięki niej mam, co daję, co biorę. Dla ułatwienia można było przywołać jakieś przyjemne wydarzenie z życia rodziny. Przyznam, że początek niby niewinny, ale już sformułowanie takiej krótkiej wypowiedzi na temat rodziny, która – nie oszukujmy się – a zdjęciach może i wygląda, ale w rzeczywistości ma swoje i jasne i ciemne strony, do tego do kogoś zupełnie obcego, na kim podświadomie chce się wywrzeć pozytywne wrażenie… Hmm, spore wyzwanie jak na pierwsze 10 minut warsztatu! Żebyście nie myśleli jednak, że w tym ćwiczeniu poległam, powiem, że jego pozytywnym aspektem było to, że potem na forum należało przedstawić osobę i jej przywołany kontekst rodzinny. I fakt, że  ktoś obcy swoimi słowami opowiedział o mnie i mojej rodzinie to, co ja zdążyłam powiedzieć mu przez 2 minuty, stawiał to w zupełnie innym, lepszym, atrakcyjnym świetle. Spróbujcie kiedyś takiego ćwiczenia z osobą, która nie wie zbyt wiele o Waszej rodzinie. Zapewniam, że pozazdrościcie samym sobie, że macie taką fajną albo przynajmniej interesującą rodzinę! 😀

Po tym, jak przeżyłam to przeramowanie i mały szok poznawczy, byłam bardzo ciekawa, co się dzieje, kiedy taka rodzina przychodzi do coacha. Czym to się rożni od coachingu personalnego i jak tę rodzinę traktować? Odpowiedzi przyniosły ćwiczenia, które przerabialiśmy. Kilka moich subiektywnych wniosków jest następujących:

  1. Rodzina jako podmiot coachingu stanowi system. Jak sama nazwa mówi, taka usługa skierowana jest do rodziny, ale rodziny rozumianej jako jeden organizm i system. Różni się od coachingu indywidualnego tym, że choć podmiotowość każdego członka rodziny jest uznana i szanowana, to działa dopiero wówczas, gdy cala rodzina jest zdecydowana na podjęcie pracy coachingowej.
  2. „Ja” rodzinne stanowi więź rodzinna, która poddawana jest badaniu, obserwacji i pracy w procesie coachingowym.
  3. Rodzina jest rozwojowa, co oznacza, że z biegiem lat zmienia się, role w rodzinie się przekształcają, ewoluują. Żeby system sprawnie funkcjonował, rodzina powinna ciągle się poznawać i dobrze ze sobą bawić.
  4. Coaching rodzinny jest formą wsparcia dla rodziny, która społecznie ma szansę być akceptowana w znacznie większym stopniu niż inne formy pomocy, np. rodzinna terapia systemowa. No bo umówmy się: na terapię ludzie chodzą się leczyć, a kto chętnie i otwarcie się do tego przyzna nawet przed bliskimi? Na coaching – o, to inna rozmowa!:) Na coaching człowiek –  lub w tym przypadku rodzina – idzie się się rozwijać, pracować nad sobą itp. Tym to się można nawet w towarzystwie pochwalić bez obaw o bycie napiętnowanym.  😀
  5. Trudnością w coachingu rodzinnym jest z mojego punktu widzenia fakt, że mamy do czynienia jednocześnie z dwoma w porywach do kilku osób. Wymaga to więc sporych kompetencji moderatorskich. Należy też uwzględnić fakt, że poziom motywacji członków rodziny do uczestnictwa w coachingu może być bardzo różny. W rodzinie, jak w każdej grupie (szkoleniowej lub w coachingu grupowym) na pewno zetkniemy się z jednym prawdziwym klientem, bo ktoś w końcu musiał to zainicjować i rodzinę na coaching przyprowadzić. Ktoś inny może być z kolei tylko gościem na coachingu, lub co gorsza – malkontentem , który jak refren powtarza: nie da się, bez sensu, ale po co…  Dlatego, żeby zacząć realną pracę, coach musi ten poziom zaangażowania u członków rodziny rozpoznać i postarać się wyrównać.
  6. W wielu ćwiczeniach coach jest tylko moderatorem, członkowie rodziny natomiast przejmują inicjatywę np. w odzwierciedlaniu dla siebie nawzajem (fajnie, bo to dla mnie ciągle najtrudniejsza część :-)
  7. W moim osobistym odczuciu powodzeniu coacha specjalizującego się w tej dziedzinie może sprzyjać wiek i bogactwo własnych doświadczeń w życiu rodzinnym. Niby w coachingu istnieje przekonanie, że coach nie musi być ekspertem w dziedzinie, do której odnosi się klient, ale w takim razie dlaczego ktoś, kto nie pracował nigdy w biznesie, raczej nie zostanie zatrudniony jako executive coach? … Klienci coraz częściej patrzą na zaplecze coacha i faktycznie może to być kluczowe dla lepszego zrozumienia ich problemów. Wyobrażam sobie, że wówczas komfort pracy coacha i jego efektywność też mogą być wyższe.

Najciekawsze jak zwykle przy takich okazjach były ćwiczenia, które próbowaliśmy na sobie nawzajem. I po raz kolejny okazało się, że coaching jest taką cudowną metodologią, której narzędzia są na tyle uniwersalne, że można je w miarę swobodnie stosować, umieszczając we wciąż nowych kontekstach. Ze znanych mi było zatem i koło wartości, i poziomy logiczne Diltsa i zmiana perspektywy… Z nowości natomiast – bardzo zgrabny zestaw pytań na reorientację rodziny (coś w rodzaju przeramowania) oraz ćwiczenia, które w moim odczuciu nawiązywały do ustawień rodzinnych Hellingera. To ostatnie było sporym zaskoczeniem, bo do metody Hellingera mam ograniczone zaufanie i sama miałabym opory, żeby do niej sięgać. Myślę jednak, że można to jakoś zgrabnie zastąpić innym ćwiczeniem, które pokazuje sieć więzi i wpływów w rodzinie. Ponadto coaching relacji wspomniany w tytule warsztatu nie był wcale bezzasadny, bo okazało się, że te same ćwiczenia i podejście można zastosować w coachingu par. W końcu para ludzi tworzących związek to też jakiś system, więź, która ten system buduje i wartości, które mu towarzyszą.

Jestem bardzo ciekawa Waszych opinii na temat tej dość trudnej działki coachingu. Zachęcam do dyskusji, a w rewanżu obiecuję podzielić się relacją z zastosowania ćwiczeń. :)

 Obrazek pochodzi ze strony www.


This Post Has 0 Comments

Leave A Reply




Chcesz otrzymywać miesięczny newsletter pełen inspiracji?Tak, chcę!