Blog

Pochwała powolności, święto nieistotności

Wbrew tytułowi niniejszy post nie będzie recenzją książek Carla Honore ani mojego ukochanego Milana Kundery. Będzie natomiast o tym, dlaczego po powrocie z tegorocznych wakacji te dwie frazy dźwięczą mi w głowie jak mantra albo refren piosenki, którą mógłby napisać Grechuta. A także o tym, dlaczego powoli znaczy lepiej, a nieistotne warto świętować.

Moje wakacje w tym roku były wyczekiwane długo, z utęsknieniem, ale i pewną obawą. Zapisałam się bowiem na plenerowy warsztat malarski o poetyckiej nazwie Iluminatornia w Toskanii. Warsztat organizowała Katarzyna Bruzda-Lecyk, znajoma artystka, której misją jest edukowanie dorosłych w zakresie sztuki, a hasło, które temu przyświeca to „Odmień swoje życie sztuką”.  Moje życie w ciągu ostatniego roku poodmieniało się co prawda na kilka różnych sposobów i kolejnej rewolucji nie potrzebowałam. Potrzebowałam natomiast wakacji w pięknym miejscu, z grupą fajnych ludzi, do tego spędzonych na czymś bardziej ambitnym niż leżenie na plaży i popijanie drinków z parasolką.  Tak, jakkolwiek dziwnie to brzmi, miałam pewne ambicje, jadąc na te wakacje. Myślę teraz, że to podejście obrazowało, jak bardzo oduczyłam się wypoczywać… Ale ta refleksja naszła mnie dużo później. Póki co jechałam uzbrojona w swoje cele w rodzaju: nauczyć się rozumieć sztukę, odświeżyć swoje umiejętności rysunkowe i nabyć malarskie.  I tak właśnie zadaniowo podeszłam do sprawy przy pierwszym zadaniu z rysunku. Szybko machnęłam ołówkiem urzekający toskański krajobraz w kilku nawet wersjach, skończyłam pierwsza z całej grupy i… się załamałam. Bo moje szkice wcale nie były urzekające. Raczej niedbałe, niecierpliwe, bez głębszego zamysłu. Ot, zadanie wykonane. Tylko co z tego, skoro ani efekt ani sam akt kreacji nie był w ogóle przyjemny, a wręcz wykonany pod presją i w pospiechu?

Tożsamość na wakacjach

Co mogło być nie tak z moim podejściem, zaobserwowałam dość szybko, bo miałam okazję przyjrzeć się moim koleżankom, które wciąż pracowały. Pochłonięte pracą nad rysunkami dopieszczały każdy szczegół i wyglądały jakby pogrążone w kontemplacji. Do tego mając jakie takie pojęcie o rysowaniu, byłam w stanie uznać, że ich prace robiły wrażenie i jakoś do mnie przemawiały. I nie chodziło tu o sam talent, ale o zaangażowanie i autentyczny styl, który uwidaczniał się w rysunku.  No więc zapytałam siebie, czemu niby ja tak nie mogę, co mnie ogranicza? Kto mnie pogania, ocenia, krytykuje i nie pozwala się rozluźnić? Odpowiedź przyszła dość szybko: to byłam ja sama, a konkretnie zadaniowa część mojej tożsamości, żołnierska i poddająca się musztrze. Tylko że przecież nie byłam w żadnym wojsku, ale na wymarzonych wakacjach, do licha! Nawet się nie zorientowałam, jak postawa, którą mam w pracy, towarzyszyła mi w rysowaniu. Tylko, że tam nie musiałam być przecież ekspertem, który dostarcza wyniki i zna się  na robocie. Mogłam dla odmiany beztrosko się bawić… Tylko jak?

Bawić się, to nie wiedzieć jak

Z tymi niełatwymi wnioskami po pierwszych ćwiczeniach na rozgrzewkę zabrałam się do poważnego malowania z natury. Przyznam, że podchodziłam do tego jak pies do jeża, ponieważ kompletnie nie miałam pojęcia, jak to się robi i dosyć mnie to deprymowało. Co prawda pocieszała mnie co nieco rada Kasi, że jeśli się nie wie jak, to zawsze można pójść w abstrakcję. Ale ja miałam wciąż tę ambicję, żeby się wykazać i jednak odzwierciedlić tę rzeczywistość. No i zabrałam się za malowanie truskawki w pięciokrotnym powiększeniu. A potem własnej ręki. A potem jeszcze krajobrazu i portretu na tle toskańskiego pejzażu. Cały proces był momentami żmudny, okupiony zmaganiem i ciężkimi westchnieniami, ale nie będę ich tu szczegółowo przytaczać. Powiem jedynie, że kluczowe było uznanie przeze mnie faktu, że nie wiedziałam, jak się maluje. Nie  wiedziałam, jak się miesza farby i prowadzi pędzel; jak się tworzy kompozycję i perspektywę; jak się operuje światłem i cieniem. Wszystko to musiałam przetestować samodzielnie, korzystając od czasu do czasu z życzliwych wskazówek i uwag Kasi. I to podejście wyzwoliło mnie, osadziło tu i teraz i pozwoliło cieszyć się każdym zamalowywanym centymetrem. Przypomniałam sobie to uczucie, kiedy jako dziecko dostałam pierwsze farby i przez dwa dni malowałam tęczę. Wtedy też nie wiedziałam jak, a bawiłam się świetnie i mimo, że było to ze 30 lat temu, nadal dość żywo to pamiętam.

Wszystko jest procesem, a efekt jest zaplanowanym przypadkiem

Moje obrazki stworzone na Iluminatorni bardzo mnie zaskoczyły. Nie urodą czy jej brakiem, tylko tym, że wyszły takie a nie inne. Przystępując do malowania, wiedziałam jedynie, jaką ideę obraz ma oddawać. Ale po pierwszych próbach już wiedziałam, że to co sobie wyobrażę jako finał, za nic nie wyjdzie mi takie, jak chciałam. Bo raz, że mój aparat wykonawczy był dość nieporadny, dwa, że mi gdzieś tam ściekła farba i zburzyła zamysł, trzy, że w trakcie zainspirowałam się rozwiązaniem, który zobaczyłam na sąsiedniej sztaludze… Przyznam, że ta nieuchwytność celu – choć początkowo frustrująca – uwolniła mnie od presji i krytyki. Ponadto koncentracja na powolnym procesie przyniosła ze sobą dość niespodziewane refleksje. I zaraz tu wypunktuję garść moich mentalnych pamiątek  z wakacji, a co. :)

  • W malowaniu jak w życiu – można mieć jakąś wizję, ale to realizacja stanowi o jej osiągnięciu. Poza tym tylko ja wiem jak to miało oryginalnie wyglądać. To, że wygląda trochę inaczej nie znaczy jeszcze, ze jest złe.
  • Malowanie jest powolnym procesem. Warto zaplanować kompozycję. Po nałożeniu jednej warstwy trzeba poczekać aż wyschnie, żeby wjeżdżać z kolejną. Pośpiech na pewno nie sprzyja dziełu i dopiero kilkaset pociągnięć pędzlem przynosi jakiś efekt. Przeniesienie takiego ducha zen w odniesieniu do życia bardzo mnie uspokoiło. Zrozumiałam tylko w oparciu o malowanie, że w życiu nie mogę mieć wszystkiego od razu i naraz. I że paradoksalnie mogę doświadczyć spełnienia w o wiele wyższym stopniu właśnie metodą małych,  uważnych kroczków.
  • Moje malowanie w obliczu świata, w którym żyję na co dzień, jest czymś tak nieistotnym, że aż śmiesznym. Nie wpływa to ani na PKB, ani na żadne KPI czy ROI. (Szczęśliwi ci, którzy nie znają ostatnich dwóch skrótów… ) I przez to właśnie jest świętem, bo pozwala się dziać bez pośpiechu, bez deadline’u, bez presji na wynik. Za to znakomicie odpręża, wycisza i pozwala cieszyć się chwilą.

Podsumowując, na wakacje pojechałam po wiedzę, praktykę i upragniony relaks, a w pewnym sensie odmieniłam swoje życie – zyskałam nową świadomość procesu, która pozwala mi poskromić swoją niecierpliwość i zatrzymać się w pośpiechu. Minimalizuje też poziom frustracji, która jeszcze niedawno odbierała mi chęć do podejmowania działań. Dodatkowo inaczej patrzę na rzeczywistość i nawet teraz, widząc przez okno osiedle komunistycznych bloków oświetlonych przez południowe słońce mam autentyczne przeżycia estetyczne…

W świecie, w którym wszystko jest instant, expres, na cito i na wczoraj, uczę się zwalniać, mówić „nie” i robić rzeczy pozornie nieistotne. Ciebie też do tego zachęcam! A jeśli nie wiesz jak – idź do Kasi malować albo przyjdź na coaching.

Tym razem obrazek pochodzi z prywatnego archiwum autorki. :)


This Post Has 2 Comments

Leave A Reply




Chcesz otrzymywać miesięczny newsletter pełen inspiracji?Tak, chcę!