Blog

O marzeniach, motywacji i mózgu

Brain

Kilka tygodni temu miałam przyjemność brać udział w wydarzeniu organizowanym przez Women Business Network w Krakowie. Wydarzenie poświęcone było kobietom w biznesie. Dwie prelegentki opowiadały o swojej drodze do osiągania celów zawodowych, o roli strategii, podejścia i motywacji. Po ich wystąpieniu był krótki panel z pytaniami, a potem networking. Krótka relacja z wydarzenia zamieszczona jest na stronie WBN, więc nie zamierzam się rozpisywać. Chciałabym natomiast podzielić się mocnym doświadczeniem coachingowym, które mnie tam spotkało, a jego efekty towarzyszą mi do dzisiaj.

Otóż jedna z prelegentek, Sabina Klimek, młoda dziennikarka, ekonomistka i przedsiębiorczyni, prowadząca swój monolog w stylu wystąpień na TEDx zadała publiczności króciutkie ćwiczenie. Poprosiła, żeby przez 10 sekund zastanowić się nad trzema rzeczami, które zawsze chcemy robić, ale nigdy nie mamy na nie czasu.  Po chwili ciszy i upewnieniu się, że wszyscy mają w głowach listę tych trzech fantastycznych, upragnionych zajęć, na które niestety nigdy nie ma czasu, wypaliła: „To ja Wam teraz powiem, co to znaczy – to są rzeczy, których tak naprawdę nie chcecie robić. Bo gdybyście chcieli, to byście je po prostu robili.” ….Z sali rozległy się pomruki niedowierzania, nerwowe chrząknięcia. Nie ukrywam, że ja zareagowałam podobnie, a poczułam przy tym spore oburzenie. „Jak to?  myślałam – Ja nie chcę być pisarką? Przecież to moje marzenie od dzieciństwa!… Ja nie chcę szyć? A kto zapisał się na kurs szycia, oddał do konserwacji starą maszynę i ma w głowie coraz to nowe projekty zjawiskowych kreacji?… ” O trzeciej rzeczy, którą pomyślałam, nawet już teraz nie pamiętam. Pokazuje to tylko tyle, że faktycznie nie była istotna. W tamtej chwili jednak postanowiłam zignorować komentarz pani Klimek do moich 3 wymarzonych zajęć, rzeczy, które przecież pragnę i będę robić… jak tylko znajdę na nie czas. Póki co będę dalej ścierać kurz z maszyny, a pomysły na genialne dzieła literackie zapisywać hasłami w notatniku mojej Nokii.

Po tym zdarzeniu nastąpił intensywny networking i na jakiś czas zapomniałam o tym ćwiczeniu. Po jakichś 2 tygodniach, wracając z pracy uświadomiłam sobie, że od dawna nie myślałam ani o pisaniu, ani o szyciu. Ba, od dawna nie dręczyłam się myślami typu: tak bardzo chciałabym to robić, przecież to moje przeznaczenie, dlaczego tego nie robię?… Bo tak było przez ostatnie miesiące (szycie) i lata (pisanie) – wyrzucałam sobie, że nie podejmuję prób, żeby chociaż zacząć cokolwiek z tych rzeczy: uszyć poszewkę na jaśka, otworzyć plik i zapisać koncepcję na opowiadanie… Dręczyłam się tymi myślami praktycznie co dzień i jednocześnie czułam blokadę nie do pokonania. I co? Kiedy usłyszałam, że być może to wcale nie jest dla mnie takie ważne, jak sądziłam, po prostu porzuciłam te myśli. I najlepsze jest to, że to wcale nie była świadoma, racjonalna decyzja. Mój mózg zadecydował o tym za mnie, a do mojej świadomości fakt ten dotarł w 2-tygdniowym opóźnieniem. Kiedy więc już mnie olśniło, zadałam sobie pytanie: może w takim razie jest coś ważniejszego od tych dwóch ważnych rzeczy i trzeciej, której nawet nie pamiętam? Odpowiedzi nie musiałam długo szukać, ponieważ ta ważna rzecz ostatnio dominuje moje życie i działania na wszystkich polach i nazywa się coaching.

Coaching jako rozwój, droga i sposób na życie stał się dla mnie teraz najistotniejszy. Jeśli chodzi o moje dwie porzucone pasje, to cieszy mnie to, że mam na koncie krawiecki epizod w postaci spódnicy uszytej na kursie. Na więcej jak widać nie miałam cierpliwości – nawlekanie spadajacej nitki, nieustanne prucie ciasnych ściegów i prasowanie – to chyba nie dla mnie… :) Pisanie z kolei towarzyszyło mi przez ponad 10 lat mojego życia – mam sterty pamiętników, opowiadań, wierszy i kilka artykułów w lokalnej prasie tudzież felietonów w Internecie. To też był rozwój, flow i fun i sposób na radzenie sobie ze światem. W końcu jednak albo źródełko wyschło, albo po prosu zaczęłam się bardziej koncentrować na bodźcach z zewnątrz, a nie na tym, co się dzieje w mojej głowie. Albo jedno i drugie.

Jeszcze jedno na podsumowanie tego wynurzenia: to fascynacja coachingiem doprowadziła mnie do założenia portalu I like coaching, gdzie jak by nie było, piszę. A więc trochę na około, trochę w innej, mniej tradycyjnej formie, ale jednak – piszę. :) I to o rzeczach, które mnie naprawdę kręcą, a innych może zainteresują albo im pomogą. :)

 

 

Obrazek pochodzi ze strony www


This Post Has 3 Comments

  1. Dorota Suder pisze:

    A ja się mocno nie zgadzam z panią Sabiną Klimek :) Uważam, że zrobiła rzecz okrutną, dla niektórych ludzi pomocną, ale dla innych krzywdzącą. Ostatecznie składamy się z tych wszystkich skrawków, czy są pomocne czy nie. Fajnie jest znaleźć siłę umieścić coś jako część naszego życia, ale w przeszłości, powiedzieć sobie, że to nie było to i dać sobie rozliczenie. Jest wiele tańców czy instrumentów, które mnie rozczarowały, ale dalej się obwiniam, że nie rozwijam się w tych kierunkach. Lepiej powiedzieć – było, minęło, znajdę coś, co mnie bardziej satysfakcjonuję.

    Z drugiej strony, tak jak ty masz szycie i pisanie, tak ja mam granie na jakimś instrumencie, jakiś taniec, i też powiedzmy pisanie. Też fascynuje mnie mój rozwój i dlatego oprócz czytania o nim powinnam znaleźć kiedyś sposób na zajęcie się tymi elementami mojego życia, bo mnie tworza, nadają mu barwę. Nie podszedł mi konkretny taniec, zawsze się wycofuję z powodu moich lęków, ale przecież jak nie tańczę dwa lata, to mnie zaczyna roznosić! Przecież pamiętam to uczucie radości, kiedy tańczyłam, i później, kiedy tak przyjemnie bolą nogi. Może to zawsze będzie mój demon siedzący mi nad uchem, pasja, na którą nie mam jaj. To znaczy tylko, że nie mam jaj, a nie że powinnam o tym zapomnieć.

    Tak samo granie na instrumentach jest czymś absolutnie nieporównywalnym do niczego innego. Mogę zapomnieć, że to kiedyś lubiłam, ale zapomnienie mi zaszkodzi, bo krótkie okresy kiedy po bardzo długim czasie uda mi się do czegoś zmobilizować wypełniają moje życie szczęściem.

    Wreszcie pisanie – jasne, można by powiedzieć, że skoro ostatnią próbę napisania czegoś dłuższego podjęłam 8 lat temu, to powinnam przestać się zadręczać i zacząć żyć tym czym żyje. Ale przecież to jest ważne! Jeśli będę szczęśliwie rozwijać zainteresowania, które mi idą, będę mieć świetny zawód, rodzinę, a za 10 lat spadnę ze skały, to spadając będę myśleć „Ale przecież książka! Miałam ją napisać! Boże, proszę, pozwól mi na reinkarnację”.

    Po wykładzie pani Sabiny wyszłabym tylko z niezłym dołem i miała mniej motywacji do realizowania pasji, które są stłumione z powodu absurdalnych lęków, porównywania się do innych ludzi, poczucia niższości. Przy innych zainteresowaniach nie mam poczucia niższości ale to nie znaczy, że są dla mnie ważniejsze. Ważne jest to co jest ważne, a nie to, co łatwiej realizować.

    • TajemniczyMaciek :) pisze:

      Ja też uważam, że byłoby to za proste i negatywne tak po prostu odrzucić rzeczy „które zawsze chcemy robić, ale nigdy nie mamy na nie czasu”. Myślę, że raczej warto zastanowić się nad tym dlaczego taka sytuacja zaistniała. Jedną z odpowiedzi może być to, że „naprawdę tego nie chce”, ale wcale nie koniecznie. Może istnieje jeszcze wiele innych powodów. Poza tym życie z takimi niezrealizowanymi pasjami wcale nie musi być niszczące, może być dla niektórych budujące?, może być alternatywą dla obecnych pasji, które nam nie wyjdą, może być na pewnym etapie życie inspiracją do czegoś innego. Osobiście lubię wynajdować sobie rzeczy, które mógłbym zrobić, potencjalnie chciałbym bo wtedy utwierdza to mnie we wcześniej dokonanych wyborach, pasjach, które realizuję.

      Dla mnie istotne jest, aby nie zadręczać się tym, że nie możemy zrealizować wszystkiego czego chcemy i uświadomić sobie że tak naprawdę to jest nasz wybór i aby realizować się w czymś innym czasami musi zrezygnować z tego co mamy, a czy naprawdę warto?

      • Aleksandra pisze:

        Zgadzam się z Wami w takim samym stopniu, jak z Sabiną Klimek :)
        Każdy z nas ma własną strategię realizowania swojego życiowego planu. Może to być odrzucanie bez sentyment rzeczy, na które nie mamy czasu, a może być pielęgnowanie marzeń i przechowywanie ich w szufladce „ważne/niepilne”. Koniec końców realizujemy w ten sposób swoje potrzeby, które są w tym momencie najistotniejsze dla naszego samopoczucia i mniemania o sobie. Gorzej, jeśli któraś z tych strategii przestaje się sprawdzać i mamy poczucie braku. Tylko od nas wówczas zależy czy coś z tym zechcemy zrobić. I to jest dobry moment na coaching 😉

Leave A Reply




Chcesz otrzymywać miesięczny newsletter pełen inspiracji?Tak, chcę!