Blog

Mózg w szponach namiętności

Są takie momenty w życiu, kiedy po długiej, żmudnej fazie zmagań z jakąś materią lub dążeniu do celu, który co rusz tracimy z oczu, coś nagle „klika” i wchodzimy na nowy poziom – zrozumienia, umiejętności, świadomości. To jest taki moment jasności i jednocześnie wytchnienia. Jak wtedy, kiedy wychodzimy na szczyt góry, który z dołu wydawał się nieosiągalny. Kiedy w końcu jesteśmy na jego wierzchołku – zmęczeni, ale szczęśliwi. Łapiemy oddech i jesteśmy zadziwieni widokiem, który roztacza się z góry – nagle mamy w zasięgu wzroku nowe rozległe przestrzenie, nowy horyzont, znacznie bardziej odległy i tajemniczy, niż ten, który widać było z dołu.

Stop-klatka

Czegoś takiego doświadczyłam niedawno, po kolejnym już module szkolenia Art & Science of Coaching w filii Erickson College przy Wszechnicy UJ. Idąc na szkolenie, miałam poczucie, że w skali od 1 od 10 jestem coachem na 3, takim początkującym i nieśmiało raczkującym. Po czterech dniach intensywnego uczenia się, doświadczania, próbowania nowych narzędzi i odświeżania tych już znanych, wyszłam z zupełnie nowym poczuciem co do swoich umiejętności: uznałam, że na 3 to może byłam pół roku temu. Teraz to ja zdecydowanie jestem na 8! I z wysokości tej 8-ki zobaczyłam mój nowy horyzont, a po drodze do niego nowych klientów, nowe wyzwania, nową jakość moich usług coachingowych. No i: last but not least, nowy rodzaj wynagrodzenia za coaching – już nie barter ani nawet smaczna kolacja czy kawa, ale realny zarobek. Jak dotarłam od tej 3-ki, na której mentalnie się zatrzymałam, do 8-ki, która daje mi nowy power i potencjał rozwojowy? Jeśli kto ciekaw, zapraszam do dalszej lektury. Ja sama chcę ten wpis potraktować bardziej jako post (w końcu to blog, proszę Państwa! :-), niż artykuł, bo  potrzebuję takiej stop-klatki przed wejściem na nowy etap stawania się coachem. A jeśli ktoś przeczyta i weźmie choćby iskrę inspiracji, będę bardzo szczęśliwa.

Coaching? Że co?…

Wszystko zaczęło się od coachingu, który zafundował mi mój przełożony jakieś 4 lata temu. Kojarzyłam wówczas samo hasło i jak większość laikow postrzegałam coaching jako amerykańskie określenie na doradztwo lub trening personalny. A przy okazji jako przebiegłą metodę do skontrolowania przez firmę mojego potencjału, możliwości i postępów, a zatem do oceny. Obawiałam się więc tej pierwszej sesji jak diabli. Byłam wręcz przekonana, że sprytny i przenikliwy coach zmanipuluje mnie na tyle, że odsłonię wszystkie swoje wrażliwe miejsca i słabości, tzw. „miękki brzuch” i pójdzie raporcik do szefa, który będzie miał twardy dowód na moją niekompetencję. Postanowiłam więc uzbroić się w to, co mam najlepsze i pokazać, że żadnego coacha nie potrzebuję, bo przecież świetnie sobie radzę. I tak przez 2-3 pierwsze sesje  autoprezentowałam się na maksa. Moja pani coach była zachwycona, ale też niegłupia. Chyba dość szybko rozgryzła, że za postawą wzorowej uczennicy, którą mam nieźle opanowaną, kryje się klika niekoniecznie łatwych kwestii wymagających wsparcia. Z kolei ja widząc, że babka jest sensowna, można z nią szczerze pogadać i póki co nie zwiodła mojego zaufania, postanowiłam wreszcie dać się pocoachować. Na drugą serię sesji coachingowych, które przypadły mi w udziale w ramach rozwoju liderów w mojej firmie, szlam jak na skrzydłach, bo już wiedziałam, czym to smakuje i jaki pożytek wnosi.

Pierwsze koty za płoty

Między jednym a drugim coachingiem zmieniłam profil zawodowy i ze stanowiska kierowniczego przeniosłam się do HR-u, gdzie moim głównym zajęciem stało się zarządzanie szkoleniami i rozwojem pracowników. Coaching wydał mi się wówczas metodą na tyle atrakcyjną i godną zgłębienia, że wybrałam się na półroczne szkolenie z wykorzystania coachingu do wspierania work-life balance w organizacjach. Było to szkolenie organizowane przez PLinEU, które realizuje ciekawe projekty skierowane do kobiet, rodzin, grup zagrożonych wykluczeniem zawodowym. Szkolenie prowadzone przez grupę fantastycznych specjalistek dziedzinie coachingu, zarządzania zmianą, równouprawnienia i kwestii genderowych, które z tego postu serdecznie pozdrawiam! :) Tam też zgłębiłam podstawy coachingu, doświadczyłam jego magii zarówno w roli klienta, jak i coacha, no i poznałam ciekawe osoby…. Wymogiem ukończenia szkolenia było wprowadzenie oferty coachingu work-life balance dla pracowników swojej firmy. Co też skwapliwie zrobiłam. Tym samym odbyłam swoje pierwsze kompletne procesy coachingowe, które miały wesprzeć moich kolegów w poszukiwaniu owego balansu. Efekty były zadowalające: każdy z moich klientów odnalazł równowagę na swój sposób. Jedna z osób powiększyła rodzinę, inna rozwija się poza firmą, a kolejna zmieniła stanowisko na bardziej dla niej atrakcyjne.

Róg obfitości i chwilowa klęska urodzaju

Zatem wszyscy szczęśliwi i zadowoleni. Ja natomiast w istnym amoku – jak każdy neofita pełna entuzjazmu – jeśli nie robiłam coachingu, to o nim czytałam albo chodziłam na wydarzenia, konferencje i wykłady o coachingu. W pewnym momencie stało się to niejako moim zajęciem po godzinach i wpisało w tryb życia na tyle mocno, że przestałam przetwarzać to, czego doświadczałam. I tak pewnego razu, podczas sesji coachingowej, którą robiłyśmy w ramach ćwiczeń ze znajomą ze szkolenia (pamiętam, ze potraktowała mnie wtedy strategią Disney’a :-) olśniło mnie, że powinnam pisać bloga! Bloga czyli coś, przed czym do tej pory mimo wszechobecnego trendu blogowania, udawało mi się uchronić.  Tylko, że ten mój blog miał być inny – nie o tym co zjadłam, gdzie byłam i co sobie kupiłam, ale o coachingu i moim rozwoju jako coacha. Voila! Ponieważ mój partner jest informatykiem, szybko poszło zakładanie domeny, dopracowanie layoutu i innych fajnych feature’ów, które mam na stronie. Mnie pozostało dostarczyć tylko content, który się ze mnie wręcz wylewał. Poza tym dzięki blogowi powróciłam do pisania – mojej miłości i namiętności sprzed lat, którą porzuciłam w smutnym przekonaniu, że nie jesteśmy dla siebie stworzone. Tymczasem potrzeba przetwarzania doświadczeń coachingowych na nowo obudziła we mnie piszącą część mojej natury, której obecności bardzo mi przez te lata brakowało. W efekcie blog sobie istnieje w najlepsze, w okresach regularnej publikacji zalicza nawet 100 odwiedzin, a mnie cieszy, że mam przestrzeń, w której mogę się dzielić, z pasją pisząc o mojej pasji. :)

Mózg jak samonaprowadzający pocisk

Podczas tej samej sesji, na której wymyśliłam bloga i powrót do pisania, wyraziłam również pragnienie, które za tym stało. A brzmiało ono:  coachem być. Blog miał być tylko narzędziem do realizacji celu, rejestrem postępów w drodze i motywatorem. Od tego czasu minął rok, w ciągu którego przeżywałam różne fazy fascynacji coachingiem. Po pełnym entuzjazmu haju i raczej niskiej świadomości wyzwań tego zawodu przyszedł moment większego rozeznania, wycofania, zwątpienia w swoje umiejętności i powodzenie… Owo  „coachem  być” to pojawiało się, to znikało mi sprzed oczu. W tle mojego mózgu natomiast musiało świecić się jak fosforyzujący neon, bo wszystkie działania, które w tym czasie podejmowałam, nieuchronnie mnie do tego prowadziły. Powiem więcej: w wielu przypadkach to ktoś zainteresowany tym, co robię i o czym piszę, proponowal współpracę lub pytał o usługę. Tym sposobem nie tylko bralam udział w warsztatach, ale też niespodziewanie je współprowadziłam (OnaSpełniona, BiznesTUBE i AllSet, warsztaty work-life balance dla PLinEU). Z rozpędu i potrzeby doskonalenia się podjęłam kilka szkoleń (Warsztaty Improwizacji Praktycznej, Art & Science of Coaching). Do tego próby popularyzacji w sieci postawiły na mojej drodze osoby, które w ramach barteru za mój coaching oferowały mi różne fantastyczne usługi, typu konsultacje trenerskie, projekt wizytówki, konsultacje copywriterskie… Tak więc coaching wypełnił moje życie na tyle, że stal się naturalnym elementem mojego krajobrazu. Do tego stopnia, że zaliczyłam sporą przerwę w prowadzeniu bloga, ponieważ znacznie więcej obecnie coachuję, niż mam czas o tym pisać. Patrząc na te wszystkie zdarzenia, na mój rozwój i postępy w projekcie stawania się coachem mam dwa wnioski, które od jakiegoś czasu stanowią moje motto:

  1. Pasja się opłaca! Wystarczy zacząć robić to, co się kocha, a otworzą się nowe możliwości.
  2. Mózg jest jak samonaprowadzający pocisk. Wystarczy wymierzyć w cel i zrobić pierwszy krok. Reszta dzieje się sama. 

Brzmi jak banał rodem z amerykańskiego podręcznika o tym, jak osiągnąć sukces i szczęście w weekend? Może i tak. Ale zapewniam, działa. A najlepsze, że nie ma odwrotu. Jak się raz wystrzeli taki pocisk, to potem można już tylko czekać na wielkie buuuum. Tutaj drobna uwaga: brak celu to też cel. Dlatego warto od czasu do czasu upewnić się, gdzie lecą Wasze pociski. 😀 Najlepiej przy pomocy coacha. Do usług. 😉

 Obrazek pochodzi ze strony www

 


This Post Has 0 Comments

Leave A Reply




Chcesz otrzymywać miesięczny newsletter pełen inspiracji?Tak, chcę!