Blog

Jak być wystarczająco skutecznym

Skuteczny manager, skuteczny proces, skuteczne rozwiązanie  – w dzisiejszym szybkim świecie skuteczność wydaje się podstawowym wymaganiem na rynku pracy i w biznesie. Jeśli nie będziemy skuteczni, ktoś inny okaże się skuteczniejszy i sprzątnie nam sprzed nosa ofertę pracy, szansę na awans albo premię. Presja jest duża, sama ją odczuwam jakieś 15 razy w tygodniu. Jeszcze parę lat temu wpędzało mnie to w panikę i sprawiało, że chciałam rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady, by w spokoju wypasać owce. W międzyczasie jednak zaakceptowałam warunki korpo-świata i choć nadal miewam czasem wewnętrzne ataki paniki, nauczyłam się radzić sobie z owym wymogiem bycia skuteczną. Najpierw musiałam jednak lepiej poznać samą siebie. Jeśli zmagasz się z podobnym wyzwaniem, ten artykuł jest dla Ciebie!

Skuteczny czyli jaki?

Zacznijmy od tego, co to w ogóle znaczy skuteczny? Jakie skojarzenia przychodzą Ci na myśl? Moja interpretacja słowa skuteczny to realizujący cele dynamicznie, sprawnie i profesjonalnie. Zawsze wydawało mi się, że aby operować na takim poziomie, trzeba być super przygotowaną na każdą zawodową okazję, np. mieć wyuczoną prezentację, dokładną agendę spotkania, wszelkie dane i informacje w małym palcu. Takie podejście oczywiście wyklucza sytuacje nagłe i niespodziewane, a za niepowodzenia każe obwiniać otoczenie. No bo przecież nie mogę być skuteczna, jeśli ktoś lub coś sabotuje mój plan… W taki właśnie sposób funkcjonowałam w życiu zawodowym przez długie lata. Nawet raz moje przekonanie o tym, że tylko bycie przygotowaną gwarantuje mi sukces, było przedmiotem mojej sesji coachingowej. Pamiętam jak pani coach zapytała mnie: Rozumiem, że ważne jest dla Ciebie, żeby być przygotowaną? Wtedy uznałam to pytanie za nieudaną prowokację, bo o czym tu dyskutować, prawda?…

Spodziewaj się niespodziewanego

Od tamtego czasu zaskoczyło mnie jednak kilka sytuacji, do których nie miałam szans się przygotować. I te sytuacje zweryfikowały moje pojęcie o skuteczności. Ponad rok temu zmieniłam pracę i z średniej firmy zatrudniającej w Polsce blisko 100 osób przeniosłam się do korporacji zatrudniającej kolejnych 100 osób miesięcznie. Praca w średnim przedsiębiorstwie od pracy w koroporacji różni się między innymi tempem: o ile w mniejszej firmie na przygotowanie do spotkania masz od kilku godzin do kilku dni, o tyle w korpo jesteś w permanentnym niedoczasie i to, co robisz dzisiaj, zazwyczaj  powinieneś był zrobić wczoraj albo w zeszłym tygodniu. Co w takiej sytuacji ze skutecznością? Czy mam się z nią pożegnać, bo brakuje mi obowiązkowego czasu na przygotowanie? Tak sobie po cichu myślałam na początku mojej przygody z korporacją. Byłam też pewna, że po okresie próbnym będą mi życzyć powodzenia poza strukturami firmy, bo nie byłam wystarczająco skuteczna. Okazało się jednak inaczej. I kiedy ostatnio analizowałam sobie swoje momenty chwały, zauważyłam pewien powtarzalny wzorzec. Otóż ku mojemu zaskoczeniu i wbrew mojemu światopoglądowi największe uznanie otrzymywałam właśnie w tych sytuacjach, do których nie byłam kompletnie przygotowana i musiałam zwyczajnie improwizować.  Często bywałam też na tyle zmęczona, że było mi wszystko jedno, jak wypadnę, albo tak zaskoczona, że reagowałam automatycznie. I właśnie wtedy miałam najlepsze pomysły, najbardziej dynamiczne i eksperckie wystąpienia, najbardziej skuteczne (sic!) rozwiązania… Te stresujące doświadczenia wbrew moim obawom tylko potwierdziły moją skuteczność. W efekcie z ulgą pożegnałam to opresyjne przekonanie o roli przygotowania do zadania, a zastąpiłam je całą lista nowych, którymi chcę się z Tobą podzielić. Traktuję je jako takie osobiste life-hacks. By może u Ciebie jest tak samo, tylko jeszcze o tym nie wiesz? :)

Wystarczająco skuteczna

Po pierwsze: mam wystarczające zasoby, żeby sobie poradzić w trudnych sytuacjach. W końcu tyle lat się uczyłam i przygotowywałam. Zbierałam różne doświadczenia zawodowe i odbyłam masę szkoleń biznesowych i godzin coachingu. Do tego kilka osób, które uważałam za autorytety i bałam się na nie nawet spojrzeć, powierzyło mi jakieś zadania i doceniło moją pracę. Teraz czas, żeby z tego czerpać jak z rogu obfitości.

Po drugie: improwizacja jest lepszym rozwiązaniem niż detaliczne przygotowanie. Pozwala na bardziej dynamiczne reagowanie na bodźce, bardziej kreatywne podejście i otwartość na zmiany w scenariuszu. Nie oznacza to jednak, że improwizując tylko udaję, albo zgrywam się, że wiem.  Po prostu korzystam z nieograniczonych zasobów  mózgu, które są znacznie przydatniejsze niż najbardziej szczegółowa agenda i notatki. Wniosek taki, żeby na spotkania biznesowe zabierać przede wszystkim głowę.  Poza tym nie chwaląc się mam dyplom Improwizatora uzyskany na fantastycznym szkoleniu z Improwizacji praktycznej <–KILK – gorąco polecam każdemu, kto tak jak kiedyś ja wpada w panikę na myśl o niespodziewanych sytuacjach zawodowych tudzież społecznych.

Po trzecie: ostrzenie piły, czyli posiadanie pasji, hobby, zajęcia, które relaksuje i zawiera element zabawy. Powtarzam to za Stevenem Coveyem, nota bene autorem książki 7 nawyków skutecznego działania. Covey nie bez powodu określił jeden z tych nawyków jako ostrzenie piły. Takie czynności zwyczajnie regenerują i rozwijają mózg i czynią go ostrym jak… piła. Dla mnie to choćby malowanie i pisanie. Są to dwie z bardzo niewielu czynności, gdzie nie myślę o byciu skuteczną, za to jestem obecna tu i teraz. Te zajęcia nie dość, że ćwiczą zwoje mojej prawej półkuli odpowiedzialnej za kreatywność, to załatwiają mi ćwiczenie uważności, które rozwija koncentrację. Dokładnie na tych połączeniach nerwowych umysł bazuje podczas improwizacji na spotkaniu biznesowym. A zdjęcia obok i na górze pochodzą z warsztatu literackiego Marii Kuli <– KLIK, gdzie pojechałam naostrzyć swoją piłę. 

Po czwarte: auto-refleksja czyli wyciąganie wniosków i samopoznanie. Tutaj bardzo dużego wsparcia dostarcza mi coaching i rozmaite warsztaty rozwojowe, podczas których buduję samoświadomość swoich zasobów, talentów, umiejętności, potencjału. Niesamowicie przydatne refleksje pojawiają mi się również przy malowaniu. Niby fizyczna czynność (oczywiście poza sferą koncepcji), a zaskakująco skutecznie buduje moją filozofię życiową. Moje osobiste odkrycia nabyte przy sztaludze  przekładają się tak samo na biznes, jak i na życie w ogóle: 1. Malowanie to proces (tak samo jak życie – trzeba być cierpliwym, wszystko ma swój czas). 2. Mniej znaczy więcej (rób jedną rzecz na raz, specjalizuj się zamiast próbować być alfą i omegą). 3. Zaczynaj od tła (zanim zaczniesz działać, zbadaj kontekst, możliwości, ograniczenia). Wracam do nich zwłaszcza, jak ogarnia mnie panika z nadmiaru oczekiwań. Swoją drogą, często są to moje własne oczekiwania wobec siebie, bo dla innych w większości przypadków robię po prostu dobrą robotę.

Ja już mam swoją receptę na skuteczność i wyzwala mnie to w dużej mierze spod presji bycia perfekcyjną i przygotowaną. A Ty?

  1. Kiedy jesteś najbardziej skuteczny?
  2. Co Ci najlepiej wychodzi?
  3. W jakich warunkach?
  4. Kto z ważnych dla Ciebie osób może to potwierdzić?
  5. Jaki jest Twój sposób na ostrzenie piły?
  6. Dlaczego dla frajdy zajmujesz się właśnie tym?
  7. Jaką wiedzę o sobie Ci to daje?
  8. Jak możesz to przełożyć na biznes?

Jeśli chcesz zgłębić zagadnienie własnej skuteczności i potencjału, zapraszam na próbna bezpłatną sesję coachingową.

Zdjęcia autorstwa świetnej fotografki Marty Piskorek


This Post Has 0 Comments

Leave A Reply




Chcesz otrzymywać miesięczny newsletter pełen inspiracji?Tak, chcę!