Blog

Coaching grupowy na wakacjach

W ostatnich tygodniach wśród moich znajomych i kolegów najczęściej dyskutowanym tematem są plany wakacyjne i wrażenia z urlopów. Mam wrażenie, że w lipcu i sierpniu ludzie dzielą się na tych, którzy są albo już po albo jeszcze przed urlopem. Wszystkie inne podziały znikają na rzecz ogólnej urlopowej gorączki. Ci pierwsi zatem z dumą prezentują opaleniznę, wrzucają na facebook zdjęcia z bliższych i dalszych podróży… Ci drudzy – szczęściarze! – bookują, planują, robią research w sieci i wśród znajomych na temat celu swoich wojaży. I każdy wybiera się na ten upragniony urlop z nadzieją doświadczenia tego wszystkiego, czego brak mu w codziennej gonitwie. Lub właśnie wrócił do pracy – no własnie z czym? Z poczuciem regeneracji, nowych zasobów energii, zrealizowanym marzeniem? Czy z zawiedzionymi oczekiwaniami i poczuciem straconego czasu?

Dla ścisłości powiem, że ja należę do grupy pierwszej – na urlopie byłam, na słońcu się wysmażyłam, węgierskim winem opiłam :) A z czym wróciłam – właśnie tym chciałabym się podzielić. Dla mnie osobiście wakacje to wyjście z roli pracownika, zrzucenie pancerza makijażu, obcasów, wyczesanej fryzury i wyważonych wypowiedzi na spotkaniach firmowych. To moment relaksu, zabawy,  niedbania o powierzchowność, ale też refleksji i pracy nad sobą. Pewnie się zastanawiacie, co ja plotę, jakiej pracy?…  Otóż  przyznam tutaj szczerze, że nie zawsze moment przejścia z roli pracownika do roli urlopowicza jest dla mnie łatwy i radosny. Obserwuję bowiem zjawisko tak silnego przyrastania owego pancerza, że jego gwałtowne  zrzucenie bywa dość bolesne i potem człowiek błąka się po tej plaży trochę oszołomiony, trochę zagubiony… Bezbronny bez kalendarza, zegarka i przypominacza o milionie ważnych spotkań zastanawia się, jak te dwa tygodnie konstruktywnie spędzić. Bo ja niestety tak mam, że nawet wypoczynek musi być o czymś. Podejrzewam też w skrytości, że nie jestem sama ze swoim podejściem, to jednak temat na osobny artykuł :)

Co do tegorocznych wakacji, nie inaczej było i tym razem. Jadąc na wczasy, miałam już jednak świadomość swoich trudności z wejściem w tryb urlopowy. Uznałam więc, że o ile relaksu i rozrywki na wakacjach długo i daleko nie trzeba szukać (zwłaszcza jak się jedzie na słoneczne Węgry i spędza je w pięknych okolicznościach przyrody z grupą fajnych ludzi), to o aspekt refleksyjno-rozwojowy muszę zatroszczyć się samaAkurat tak się złożyło, że przed urlopem studiowałam zawzięcie Metodę edukacyjną nastawioną na wsparcie w coachingu kariery. Metoda obfituje w masę fantastycznych ćwiczeń coachingowych i korciło mnie, żeby je  przetestować, zanim uraczę nimi moich klientów. Dlatego moment urlopu i perspektywa dłuuugich wieczorów przy winie wydala mi się wymarzona do celów testowania. Moje towarzystwo, gdy im pewnego wieczora niezobowiązująco zaproponowałam takie jedno czy dwa ćwiczenia, wyraziło spory entuzjazm. Bardzo dobrze to wróżyło powodzeniu testów, a węgierskie wino, które lało się przy tym obficie, tylko ułatwiało sprawę. Na tapetę postanowiłam wziąć łatwe i przyjemne ćwiczenie projekcyjne pt. Chiński projekt, które w sytuacji poszukiwania pracy lub nowej drogi zawodowej pozwala poszerzyć świadomość na temat swoich cech, upodobań, zainteresowań i wiedzy. W dużym skrócie zadanie polegało na tym, aby klient na zasadzie swobodnych skojarzeń wytypował, kim byłby, gdyby mógł być kolejno: zwierzęciem, znaną osobistością, narzędziem, kolorem, miastem lub piosenką. Dalszym krokiem było podanie trzech uzasadnień do każdego wyboru. No a potem krótka analiza i seria pytań coachingowych z zakresu ramy rezultatu. Bułka z masłem i czysta przyjemność, prawda? :) Mnie też się tak wydawało, do momentu, kiedy postanowiłam nie tylko moderować przebieg ćwiczenia, ale również wziąć w nim udział.

Wnioski, które mi się urodziły w trakcie tego wieczoru są dość różnorodne i dotyczą wielu aspektów pracy coacha. Oto kilka z nich:

  1. Ćwiczenia, które wyglądają jak przedszkolna zabawa, należą chyba do najtrudniejszych. Dlaczego? Bo wymagają dość abstrakcyjnego myślenia, a potem przełożenia tego na realne okoliczności, odniesienia i uwarunkowania. I tutaj wręcz organicznie niezbędna jest sprzyjająca i intymna atmosfera sesji coachingowej. Co prawda przy butelce wina, wśród wzajemnych przekrzykiwań i śmiechów efekt jest równie ciekawy. Tylko wartość może być trochę inna.  
  2. Kolejny wniosek i lekcja dla mnie: praca z grupą to nie lada wyzwanie. Nigdy też nie sądziłam inaczej, jednak teraz opatrzyłabym to przekonanie jednym małym, acz triumfalnym „ale”. Mianowicie: …ale jest zupełnie do przejścia, jeśli osadzić się w roli moderatora i uruchomić odpowiednią dozę akceptacji i cierpliwości dla uczestników :) Dla mnie osobiście jest to spory postęp w myśleniu o sobie i swojej roli w stosunku do grupy jako takiej.
  3. Poza tym ten nasz wieczorny pijacki coaching był również świetną okazją do bliższego poznania się i dostrzeżenia różnorodności perspektyw, podejść i poglądów w dość bliskim otoczeniu i wydawałoby się wśród bliskich znajomych. Wygląda na to, że nigdy nie wiadomo, co odpowie Ci Twój chłopak, siostra czy kolega, kiedy zadasz im dobre pytanie coachingowe. Co więcej – oni sami mogą być zaskoczeni! :) Zatem coaching to coś, co pogłębia nawet bliską relację.
  4. No i na koniec słowo na temat przyrostu kompetencji, żeby uwzględnić aspekt rozwojowy: zauważam zdecydowanie większą biegłość w stosowaniu już znanych mi narzędzi. W opisanym ćwiczeniu proponowana analiza była dość płytka i bez konkretnych pytań klient mógłby osiąść na mieliźnie luźnych skojarzeń. Dość spontanicznie postanowiłam ją więc pogłębić i rozszerzyć o ramę rezultatu, ponieważ bez niej trudno byłoby wesprzeć klienta w wyciąganiu wniosków i wskazówek, co ma z tymi wszystkimi projekcyjnymi banialukami począć. Myślę, że warto zaprezentować zmodyfikowaną wersję Chińskiego projektu szerszemu gronu, dlatego niniejszym zapowiadam kolejny post, który będzie ją zawierał.

Tymczasem udanego urlopu tym, którzy się na niego dopiero wybierają. A tym, którzy już wrócili – czerpania energii i siły z dobrych przeżyć i wspomnień! :) Moim wakacyjnym towarzyszom dziękuję natomiast za entuzjazm i otwartość przy zabawie coachingiem oraz za kilka lekcji, które od nich przy tej okazji odebrałam. :)

Korzystałam z podręcznika Metoda edukacyjna Marie Therese Ho-Kim i Jean Francois Marti

Obrazek pochodzi ze strony www 


This Post Has 3 Comments

    • Aleksandra pisze:

      Dobra sugestia! To jest zadanie dla programisty, a tak się składa, że znam kilku 😉

Leave A Reply




Chcesz otrzymywać miesięczny newsletter pełen inspiracji?Tak, chcę!