Blog

Coaching Cafe w klimacie ZEN

Kilka tygodni temu miałam okazję wziąć udział w spotkaniu Coaching Cafe organizowanym przez krakowski ICF. Tematem spotkania były Ciało i dusza w coachingu, czyli jak psychologia i duchowość wpływają na jedność coacha, klienta, procesu, a prowadzącą – Master Coach ICI Małgorzata Klimczyk. Na spotkanie poszłam jak zwykle z ciekawością. Intrygowało mnie zwłaszcza ujęcie duchowości w coachingu. Niby czytałam o tym już sporo i niby wiem jakie to ważne, tylko jak o to zadbać na sesji?… Kim powinnam się stać, na jakie poziomy rzemiosła się wznieść, żeby w ogóle o tę duchowość zahaczyć?

Rozważając to, uznałam, że na pewno na spotkaniu zaproponowane będą jakieś narzędzia (właśnie, nowe narzędzi!, na które zawsze jestem łasa! :) ), które się do duchowości odwołują, pomagają klientowi o  nią zadbać i umożliwiają mu lepsze samo-poznanie. Z takim to nastawieniem lekko spóźniona weszłam do małej sali, w której już było kilkanaście osób, być może w oczekiwaniu na to samo co ja. Zaraz po wejściu już po raz n-ty uświadomiłam sobie, że na takich spotkaniach – w kameralnym gronie, wśród osób nastawionych na rozwój – jest cała ta krępująca akcja przedstawiania się na forum, prezentowania i zapoznawania. Bywa, że prowadzący mają różne kreatywne tudzież dziwne pomysły na realizację tego punktu programu, ale poczucie, które temu towarzyszy – przynajmniej mnie – zawsze jest podobne: pomieszanie rozpaczliwego poszukiwania w głowie, co tu o sobie warto powiedzieć z lekkim rozbawieniem na temat formuły. No cóż, przeżyłam to już tyle razy, niech będzie jeszcze raz.

Tymczasem propozycja przedstawienia była tym razem dość nietypowa. Pani Małgorzata sama prezentując się jako bardzo energetyczna osoba, rozpoczęła warsztat od rozruszania towarzystwa. Poprosiła, żebyśmy wstali, sama zaś napisała na flipcharcie formułkę, którą mieliśmy wygłosić do minimum 4 osób spośród zgromadzonych. Osoba, którą wybraliśmy, miała nam się odwdzięczyć tym samym. A formułka brzmiała następująco:

Ja (tutaj imię)

Jestem tu

Widzę Cię

Cieszę się, że jestem. 

Samo imię i 3 krótkie zdania. Bez podawania zawodu, pasji, liczebności rodziny, imion kotów i psów. Ba! nawet bez formułowania oczekiwań co do warsztatu! Spora nowość i… dla mnie pewna ulga, że nie muszę się po raz kolejny produkować, podczas gdy każdy najprawdopodobniej i tak jest skoncentrowany na tym, co sam powie o sobie. No więc tak sobie pospacerowaliśmy po sali, komunikując sobie nawzajem własne istnienie, bycie tu i teraz, zauważenie drugiej osoby i jej akceptację poprzez akceptację siebie. Kiedy sobie uświadomiliśmy, co sobie robimy tym ćwiczeniem – przyznam, że to było mocne doświadczenie. Niby formułka, krótka i niewymagająca, a jakie fundamentalne dla dobrej relacji porusza zagadnienia! Myślę, że również powtarzanie tego kolejnym osobom miało swoje zadanie. Sądząc po sobie stwierdzam, że o ile mówiąc to pierwszej osobie, nie byłam w 100% przekonana do tych wszystkich stwierdzeń, to przy trzeciej zaczęłam osadzać się w tamtej czaso-przestrzeni, zapominając, co było w pracy, a co czeka mnie w domu, a przy piątej już autentycznie zaczęłam się cieszyć, że jestem i że on lub ona jest. Trochę odjechane, ale mocno oddziałuje.

W ten oto sposób Pani Małgorzata nas trochę zaprogramowała na odbiór dalszych treści i zdarzeń na warsztacie. Zupełnie bez dodatkowych zabiegów zawarliśmy też swoisty kontrakt na to spotkanie, oparty na akceptacji i zaangażowaniu. Tylko przerwę na toaletę trzeba było ustalić dodatkowo, ale to już szczegół techniczny :)

Dalsza część warsztatu przeplatana wykładem prowadzącej stanowiła dość barwny przegląd zastosowań różnych narzędzi w coachingu. W zakresie psychologii wspomnianej w temacie warsztatu było sporo odwołań do NLP, meta-programów, psychologii i ekologii zmiany. Duchowość przejawiła się jako ZEN w coachingu, ale też jako średniowieczne praktyki chrześcijańskie na przykładzie Ćwiczeń duchowych Ignacego Loyoli. Jedno z takich ćwiczeń polegało na wyobrażaniu sobie w najmniejszych szczegółach czeluści piekielnych i ognia piekielnego, który czeka grzeszników. Potem mąk piekielnych ze wszystkimi przykrymi doznaniami zmysłowymi. W dalszej kolejności należało sobie wyobrazić, jak można ewentualnie uniknąć takiego losu w życiu pozagrobowym, no i po czym poznać, że jest się na dobrej drodze… Czyli wypisz wymaluj kontrakt na cel dla klientów, którymi kieruje motywacja „od”. :) A mówią, że coaching to jakiś nowoczesny amerykański wymysł…. 😀 Dla równowagi pani Małgorzata odwołała się jeszcze do nowotestamentowego miłosierdzia, sugerując, żeby – jak już się zmotywuje takiego klienta „od” –  nauczyć klienta miłosierdzia w stosunku do siebie, zwłaszcza jeśli przechodzi zmianę.

Na domknięcie warsztatu pojawiło się jeszcze jedno ćwiczenie, również zakładające interakcję z resztą grupy. Należało wybrać sobie z grupy jedną osobę, z którą będzie się pracowało. Można to było zrobić na 2 sposoby: dla osób ceniących komfort – wybrać kogoś, z kim intuicyjnie chcemy pracować lub dla osób ceniących wyzwania – kogoś, kto zdecydowanie nas nie zachęca do współpracy – dla każdego coś miłego :). Potem należało wygłosić w stosunku do swojego partnera formułkę:

„To co chcę, abyś zobaczył we mnie to moje … (i tutaj podajemy cechę, którą w sobie cenimy) 

I to co chcę, żebyś zobaczył we mnie to moje … (i tutaj cecha, skłonność, której nie lubimy w sobie)”

Nasz partner z kolei miał odpowiedzieć:

„Widzę w Tobie Twoje … ( nasza fajna cecha) i widzę Twoje … (cecha niekoniecznie fajna)I widzę dużo, dużo więcej.”

Ćwiczenie jest naprawdę warte polecenia w bezpiecznej atmosferze czy to warsztatu czy samej sesji, bo może przynieść głęboką refleksję i otworzyć na drugą osobę. Mnie przyniosło takie przemyślenia:

– zobaczyłam, że bycie autentycznym polega na akceptacji wszystkich swoich odsłon i stanów; dostrzegłam, jak barwną i złożoną istotą jest człowiek i że jedna skłonność, cecha czy emocja nie wyklucza przeżywania czy doświadczania innej czy przeciwstawnej; wręcz przeciwnie – ubogaca, poszerza doświadczenie i strefę komfortu, czyni nas pełniejszymi istotami

–  dostałam od drugiej osoby odzwierciedlenie mojej natury, poczułam, jak to wpływa na moje samo-postrzeganie i akceptację siebie bez maski, którą przybiera się np. w takiej prezentacji przed grupą na warsztacie… Całe szczęście ten warsztat był inny i maskę bez żalu schowałam do torby. :)

Generalny wniosek dla mnie po spotkaniu z Panią Małgorzatą Klimczyk jest taki: żeby wprowadzić klienta na poziom duchowości, zadbać w pełni o ekologię zmiany, spójność jego planu działania z wartościami, towarzyszącymi okolicznościami i nadrzędnym celem życiowym, coach sam musi mieć to wszystko poukładane. Ech, proste to to nie jest… A ponieważ jest już późno, w jednym z kolejnych postów zastanowię się, jak się do tego metodycznie zabrać. :)

 

 

 

 

 


This Post Has 0 Comments

Leave A Reply




Chcesz otrzymywać miesięczny newsletter pełen inspiracji?Tak, chcę!