Blog

Coaching bez słów jest możliwy!

ciszaMowa jest tym, co wyraźnie odróżnia nas od innych gatunków. Język  odzwierciedla naszą świadomość, wiedzę, refleksję, poczucie humoru. Opisuje świat w takim samym stopniu, jak go tworzy. Słowa, które na co dzień wypowiadamy, mają swoje funkcje: opowiadają, wskazują, decydują, oceniają, doceniają, karzą, kategoryzują, wątpią, ranią, nakazują… Jest więc mowa zdecydowanie pojemnym kanałem komunikacyjnym. Jednocześnie jest tylko jednym z kanałów, które są nam dostępne.

Dziś zdarzyło mi się coś, co poddało w wątpliwość jeszcze do niedawna znane mi i bliskie stwierdzenie Wittgensteina: „Granice mojego języka są granicami mojego świata.” Bo co się dzieje, gdy słowa nie wystarczają? Albo gdy słowa są trudne, niewskazane lub niedyskretne? Pokazała mi to dzisiejsza sesja coachingowa, którą prowadziłam dla nowej klientki. Zazwyczaj na początku procesu, na etapie zawierania kontraktu zapewniam klientów o poufności informacji i zdarzeń podczas sesji. Przy tej okazji wspominam też, że jeśli podczas sesji nie będą się czuli komfortowo z mówieniem o sprawach dla nich trudnych, bolesnych lub intymnych, mają pełne prawo je zmilczeć i zachować dla siebie. Ważne jedynie, żeby w swoim sercu na postawione pytania udzielili sobie szczerej odpowiedzi. Ja jako coach nie muszę znać ani rozumieć treści ich przemyśleń. W końcu coaching ma działać dla nich, nie dla mnie. :) Zazwyczaj wtedy dodaję półżartem, że istnieje taka radykalna metoda coachingu, w której  klient przez cały proces – poza ustalaniem kontraktu na sesje – nie mówi ani słowa. Coach podrzuca mu tylko pytania, na które ten sam sobie w myślach odpowiada. Jak dotąd jednak żaden z moich dotychczasowych klientów raczej nie skorzystał z prawa do przemilczania odpowiedzi. Wręcz przeciwnie – mówili zazwyczaj chętnie, dużo i czasem zdecydowanie więcej niż potrzebowałam, żeby móc poprowadzić efektywny proces. Byłam im jednak za to wdzięczna, bo trudno mi było wyobrazić sobie coaching, który nie odwołuje się do nazw, pojęć, określeń…

Tak było aż do dzisiejszego popołudnia, kiedy moja nowa klientka wybrała milczący sposób uczestnictwa w ćwiczeniach, które proponowałam. Po każdym moim pytaniu zapadała cisza, po dłuższej chwili kiwnięcie głową lub pomruk z jej strony, że jest gotowa na kolejne. Przebiegało to na tyle sprawnie i dynamicznie, że dopiero gdzieś w połowie sesji dotarło do mnie, że to moja pierwsza praktycznie niema sesja!… Do tego przez cały czas towarzyszyło mi uważne skupienie i taka lekkość w prowadzeniu jej przez tę ciszę, że nawet się nie zorientowałam, co tym razem jest inaczej. A może to ona mnie prowadziła?… Tak, teraz to widzę, to ja podążałam za nią, obserwując i czytając jej emocje. W ciszy były dla mnie po pierwsze jedynymi sygnałami, na które mogłam reagować, a po drugie były na tyle czytelne, że naprawdę pierwszy raz nie zastanawiałam się, o co klientce chodzi ani co?… skąd?… dlaczego?… I mimo, że w 99% nie miałam pojęcia, nad czym ona sobie w ciszy rozmyśla, byłam w stanie jej emocje zrozumieć i uszanować. To doświadczenie pokazało mi zupełnie inny, dość zaniedbany w moim życiu kanał, który otwiera się na poziomie wolnym od ocen, określeń, kategorii. Wolnym od hałasu, przegadania, elokwencji na pokaz.  Czy wobec tego w komunikacji – niekoniecznie w coachingu, ale w ogólnym rozumieniu – nie jest trochę tak, że słowa nam zagłuszają to, co jest najprawdziwsze w naszym przekazie? Jak w normalnej rozmowie wyzbyć się słuchania przez pryzmat języka i pod fasadą słów dostrzec prawdziwe potrzeby?

Tego jeszcze do końca nie wiem (i daj Bóg – nigdy nie będę!…), ale wiem na pewno, że tego dziś troszkę zasmakowałam. I podziwiam moją klientkę za to, że wybrała tak naprawdę trudny sposób pracy, trudniejszy od klasycznej sesji o tyle, że ze swoimi myślami i emocjami była sama i sama ponosiła za nie odpowiedzialność. Być może dlatego mnie o tyle lżej się pracowało? 

 

Obrazek pochodzi ze strony www


This Post Has 0 Comments

Leave A Reply




Chcesz otrzymywać miesięczny newsletter pełen inspiracji?Tak, chcę!